Historia jednego zdjęcia vol.1

Pomyślałem sobie jakiś czas temu, że o ile niemożliwym jest dla mnie zapamiętanie nazwisk aktorów, tytułów filmów i nawet niektórych książek, o tyle doskonale pamiętam okoliczności towarzyszące wykonaniu każdego zdjęcia, jakie kiedykolwiek zrobiłem. Stąd zrodził się w mojej głowie pomysł, na który pewnie prędzej czy później wpada każdy fotograf – żeby te małe historie razem ze zdjęciami spisać. Rozpoczynam więc niniejszym cykl pt. “Historia jednego ujęcia”. W każdej odsłonie postaram się skrobnąć co nieco pod wybranymi zdjęciami. Nie myślę tu o fabułach przypominających hollywoodzkie scenariusze, ale raczej o drobnostkach które składają się na (nie)zwyczajne, realne momenty.

Na pierwszy ogień idzie zdjęcie Małgorzaty, dzisiaj już żony Daniela. Skrót tego ślubu publikowałem tutaj bodajże w lipcu zeszłego roku. Muszę przyznać, że do dzisiaj zdjęcie to pozostaje jedną z moich ulubionych ślubnych fotografii. Wykonałem je na sali weselnej, niedługo po przyjeździe z kościoła, w chwili, kiedy niemal wszyscy goście zasiedli do obiadu. Z lewej strony sali głównej odchodziło wyjście do niewielkiego, za to ładnie urządzonego hallu. Za plecami Panny Młodej do wnętrza wpadało ostre światło słoneczne, szczęśliwie zmiękczone nieco przez drapowane firany, na przeciwległej ścianie umieszczone zostało z kolei lustro, w którym przeglądała się Małgorzata w chwili wykonania zdjęcia. Całość sceny była więc naprawdę mocno oświetlona, choć dużą uwagę trzeba było zwracać na rozkład cieni i odbijanych przez lustro “plam” światła. Kiedy kątem oka spostrzegłem całą sytuację, wiedziałem, że nie ma czasu na to, żeby podejść bliżej – byłem prawie na drugim końcu sali polując z obiektywem na uwijających się z pełnymi tacami kelnerów i gości weselnych. Nie chciałem też ryzykować zostania zauważonym przez Małgorzatę, co zrujnowałoby nastrój zdjęcia. Zdecydowałem się więc użyć obiektywu o ogniskowej 100mm podpiętego pod swoje 40d, co dało mi ekwiwalent ogniskowej równej 160mm dla pełnej klatki. Mogłem sobie na to pozwolić dzięki wspomnianej już ilości światła w hallu – i nie bać się o poruszenie zdjęcia. Wykonałem wówczas serię trzech zdjęć przez uchylone drzwi, by spośród nich wybrać to, na którym ręka odrzucająca do tyłu welon układa się najlepiej, w – jak dla mnie – prawie “taneczny” sposób. Dwie sekundy, po których czułem, że mam naprawdę dobrą fotografię i po których Małgorzata zorientowała się, że ktoś mierzy do niej z iście snajperskiej odległości, roześmiała się i… poszła sobie;)